ESPN DeportesAndy Green será manager de Mets 3 años másThe Jerusalem PostIDF soldier faces murder charges in connection with feud between Sawa'ad, Khaldi criminal groupsRTP DesportoPresidente da APAF vê árbitros tranquilosESPNFans flocked to Wilmington to celebrate No. 23 -- and no, it wasn't Michael JordanDaily MaverickCRICKET FEAST: Proteas’ David Miller pumped for exciting home summer as World Cup nearsInquirerBoracay Water strengthens wastewater management effortsVanguardBauchi begins N11.7bn gratuity payout to retireesThe South AfricanSundowns ‘cow’ lucky to be picked for Bafana Bafana?Variety‘Heated Rivalry’ Star Callan Potter, Cobie Smulders, Iris Apatow Joined by Colin Mochrie, Andrea Martin in ‘Any Way You Want Me’ (EXCLUSIVE)Il Fatto QuotidianoSogin punta a voltare pagina (e immagine). Nel giorno in cui si decidono i nuovi vertici, apre le porte ai visitatoriBillboardJustin Bieber Pulls Up For Surprise Jam Session in L.A.’s MacArthur ParkPremium TimesIsaac James: I cried when I got my Super Eagles call-up
The Daily Newsstand · Free, Always
Wednesday, September 23, 2026

Wojowniczka czy urzędniczka państwowa? Pytania o rzeczniczkę praw dziecka [OPINIA]

Translate

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Doceniam zaangażowanie rzeczniczki praw dziecka w kwestię ochrony dzieci, a także jej wcześniejsze działanie w tej przestrzeni. Jej zaangażowanie – rodem z NGO-sów – jest godne podziwu. Jestem też pozytywnie zaskoczony, że swojego zaangażowania nie pozostawia ona poza drzwiami biura, a potrafi osobiście zareagować, gdy widzi przemoc werbalną i fizyczną wobec dziecka na ulicy. To także jest godne pochwały. Problem zaczyna się wówczas, gdy urzędnik państwowy, przedstawiciel państwa wykorzystuje powierzoną sobie władzę, by naciskać na inne władze i by egzekwować to, co sam uważa za słuszne.

DLA CIEBIE

30 lat Škoda Octavia. Miliony kilometrów i jeszcze więcej historii

Państwo, system prawny, mogą istnieć tylko, jeśli istnieje równowaga rozmaitych władz i gdy nie miesza się ról – choćby świadka i urzędnika czy wojownika i strażnika praw. W świetle historii opisanej przez portal zero.pl rzeczniczka praw dziecka zdaje się nie być zdolna do takich rozróżnień.

Wszystko zaczyna się od wydarzeń na ulicy. Kobieta na warszawskiej Białołęce szarpie swoje dziecko i na nie krzyczy. Dlaczego? Bo dziecko wybiegło na ulicę. Sytuację widzi rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak, która zwraca uwagę kobiecie. Ta odpowiada, używając wulgarnych słów. I jak dotąd zachowanie rzeczniczki jest wzorowe. Widzi przemoc (bo to jest przemoc) i reaguje. Zachowanie kobiety jest zaś zdecydowanie nieodpowiednie, i to zarówno w odniesieniu do dziecka, jak i osoby, która słusznie zwraca jej uwagę. Efektem jest zgłoszenie na policję o przemocy wobec dziecka.

Czy to działanie odpowiednie? Powiedziałbym, że tak, bo oczywiście warto sprawdzać takie rzeczy. Jak dotąd nie ma więc powodów, by się do działania rzeczniczki przyczepić. Ale potem zaczynają się już problemy, bo nie jest ona w stanie wycofać się ze swoich działań, a także wykorzystuje swój urząd, by wymuszać nie tylko działania (to jeszcze można usprawiedliwić), ale i konkretne decyzje na służbach. Policja, która po zgłoszeniu sprawy sprawdza dom, nie znajduje w nim żadnych powodów do interwencji i kieruje sprawę do sądu rodzinnego. I od tego momentu trudno już zrozumieć działania samej rzeczniczki i jej biura. Zaczynają się telefony z sugestiami, co powinien zrobić (czyli odebrać dzieci) do sędziego.

Sąd nie znajduje podstaw do takiego działania, a biuro rzeczniczki też nie zmienia swojego podejścia i próbuje wymuszać odebranie dzieci. Gdy sąd podejmuje inną decyzję, Monika Horna-Cieślak – opisuje portal Zero – nie daje za wygraną i uczestniczy w spotkaniu na posterunku policji, w którym biorą udział Krzysztof Ogroński, komendant stołeczny policji i policjantka. I to właśnie tam zapada decyzja o nakazie opuszczenia przez rodziców mieszkania i zakazie zbliżania się do dzieci (trzy- i czteroletnich), co skutkuje przewiezieniem dzieci do domu dziecka.

Sąd, który musi taką decyzję zatwierdzić, nakazuje natychmiastowe oddanie dzieci rodzicom, kwestionuje udział rzeczniczki w postępowaniach sądowych i policyjnych, zwracając uwagę, że Monika Horna-Cieślak miesza rolę świadka i autorytet urzędu. W cytowanym przez portal Zero uzasadnieniu pada nawet zdanie, że jej zachowanie może świadczyć o "próbie wykorzystania autorytetu piastowanego urzędu do przeforsowania z góry założonej, na podstawie osobistego poczucia obrażenia przez matkę małoletnich, tezy o konieczności zabrania jej dzieci".

Ale to nie wszystko, bo sąd stwierdza, że tak ponadstandardowe działania "mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej", a "machina państwowa i urzędowa została tu uruchomiona w sposób rażąco nieproporcjonalny do zaistniałego zdarzenia".

Czy zachowała się odpowiednio?

I tu dochodzimy do kluczowych stwierdzeń. Czy Monika Horna Cieślak jako osoba zachowała się, jak powinna? Tak. Zareagowała na przemoc, zwróciła uwagę, zgłosiła sprawę dalej. Czy zachowała się odpowiednio jako urzędniczka państwowa? Zdecydowanie nie, bo zaczęła wykorzystywać władzę i autorytet urzędu do wymuszania konkretnych, jak się zdaje zdecydowanie ponadstandardowych działań. Czy można to zrozumieć? U kogoś, kto przez lata walczył z przemocą wobec małoletnich, można, bo zbyt wiele jest w nas, a także w części instytucji lekceważenia realnej przemocy.

I gdyby Monika Horna-Cieślak była tylko prawniczką czy działaczką społeczną, to powiedziałbym, że jej działania, choć przesadzone, to były jakoś zrozumiałe. Ona jest jednak urzędnikiem i przedstawicielem państwa, a to oznacza, że musi pamiętać, że chronione są nie tylko prawa dzieci, ale także prawa rodziców, i że rodzina także jest wartością chronioną prawem. Jakby tego było mało, obywatele muszą mieć prawo do obiektywnego sądu, do decyzji, do niezawisłości działania sądu i do tego, że autorytet władzy nie będzie wykorzystywany przeciw nim. I z tej perspektywy nie da się usprawiedliwić działania rzeczniczki.

Oczywiście jej rolą jest obrona praw dzieci, ale warto przypomnieć – absolutnie nie lekceważąc przemocy, jaka się wobec dziecka dokonała – że dzieci mają prawo do poczucia bezpieczeństwa, a zabranie trzy- i czterolatka z domu uderza w nie fundamentalnie. Rodzice dzieci także muszą mieć świadomość, że ich prawa są chronione.

Ale zachowanie rzeczniczki praw dziecka ma jeszcze jeden wymiar. Walka z przemocą wobec dzieci jest istotnym zadaniem państwa i nie wolno go lekceważyć, a także trzeba budować wokół niego pozytywną atmosferę. Część narracji przeciwnych takiej walce – budowanych przez środowiska populistyczne (a niekiedy mocno prawicowe) – opiera się zaś na przekonaniu, że co do zasady osoby prowadzące taką walkę kierują się przeciwko rodzinom i że ich celem jest nie tyle przeciwdziałanie przemocy, ile walka z tradycyjną rodziną. Ta narracja często opiera się na fałszywych opowieściach, ale jest bardzo skuteczna.

Monika Horna-Cieślak, nawet jeśli miała (a zakładam, że miała) szlachetne intencje, to niestety przyczyniła się do wzmocnienia takiego myślenia. A do tego niestety uświadomiła, że nie rozumie, że jako rzeczniczka ma ogromne możliwości, ale nie może już w związku z tym zrobić wszystkiego, bo osłabia w ten sposób autorytet urzędu i wagę sprawy, o którą walczy. Ktoś to zresztą powinien rzeczniczce uświadomić, bo szkodzi ona także poczuciu bezpieczeństwa obywateli, którzy – nawet jeśli łamią prawo czy zasady – powinni mieć poczucie, że kara wobec nich będzie adekwatna, a urzędy nie będą wykorzystywane do prowadzenia prywatnych (nawet jeśli ważnych) krucjat.

View the original on Wirtualna Polska

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.