The Jerusalem PostIsraeli AI startup founder pleads guilty to $27 million fraud scheme in New YorkESPN Deportes¿Dónde se ubica la Hormiga en el futbol griego según su valor?ESPN🏈 Fantasy Football: Start Bucs, sit Mahomes, more Week 1 decisionsRTP DesportoMarc Márquez vence corrida sprint do GP de San Marino de MotoGPוואלהסוף עצוב לחיפושים: הצוללן שנעדר בחיפה אותר ללא רוח חייםPunchTinubu mourns ex-PDP national chairman Bamanga TukurBollywood HungamaAdhyayan Suman and Divita Rai’s Main Na Raha Mera first look out, teaser to release on September 16ColliderForget ‘The Walking Dead,’ This 111-Minute Thriller Is a Paramount+ Sleeper HitIl Fatto QuotidianoEuropei di volley maschili, oggi l’Italia affronta la Grecia: la sfida a Modena dopo la serata a Napoli | Orario e dove vedere in tv e streaming (anche in chiaro)BBC SportNorris takes Madrid pole with 'gorgeous' lapObservador DesportoLíder do Livre acusa Governo de arrogânciaHabertürkYoğun bakımların sepsis gerçeği: Sepsisli hastaların yarısı 30 gün içinde hayatını kaybediyor
The Daily Newsstand · Free, Always
Saturday, September 12, 2026

Koniec zauroczenia Trumpem. Farmerzy mają dość. Wojna celna z Kanadą przelewa czarę goryczy

Translate

Ze wszystkich bastionów MAGA te na prowincji od samego początku były najsilniejsze i najbardziej zdyscyplinowane. Prowincjonalna Ameryka przez prawie dekadę konsekwentnie głosowała na człowieka, któremu zaufała niemal bezgranicznie. Refleksja pojawiła się po raz pierwszy, kiedy przyszło zapłacić za chaotyczną politykę celną Trumpa w ubiegłym roku, a drugi raz — gdy po atakach na Iran podrożało paliwo. Ale potrzebna była dopiero wojna handlowa z Kanadą, by Amerykanie przejrzeli na oczy.

Logo

Czytaj nas częściej w Google

Dodaj w Google

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Miłość ze złości

W 2016 r. Trump zdobył 65 proc. głosów w hrabstwach, których mieszkańcy żyją głównie z rolnictwa. Cztery lata później — już 70 proc., a w ostatnich wyborach — aż 78 proc. ("The New Republic", czerwiec 2026). Kamala Harris przegrała w 2024 r. walkę o ten elektorat z aż 30-punktową różnicą. Jednocześnie był to najlepszy od czasów Ronalda Reagana wynik konserwatysty na prowincji — choć trzeba wziąć poprawkę na fakt, że Reagan zwyciężył w stylu landslide (lawinowo) w każdym przedziale wyborczym.

I jeszcze jedna ciekawostka. Do lat 90. amerykańska prowincja głosowała mniej więcej tak samo jak miasta, uwzględniając oczywiście różnice regionalne. Pas biblijny, czyli południe USA, zawsze preferował polityków konserwatywnych, z kolei oba wybrzeża i Nowa Anglia zawsze ciążyły ku progresywistom.

Czym Trump zaskarbił sobie tak wielką sympatię mieszkańców małych miast i wsi? Olbrzymią rolę odegrały jego specyficzna charyzma oraz kult "człowieka biznesu", a więc tego, który "wie, potrafi i dowiezie". Prowincjonalni wyborcy, zubożali, bezrobotni, mający poczucie odstawienia na boczny tor historii, w roku 2016 buntowali się przeciw wszystkim elitom. Wizja rządów człowieka, który na każdym kroku podkreślał, że jest "spoza systemu", była pociągająca.

Choć Trump nie szafował konkretami, to obiecywał wsi natychmiastowe obniżenie kosztów życia, politykę celną, która poprawi koniunkturę na amerykańskie produkty, oraz powszechną deregulację — zdjęcie duszącej przedsiębiorców obroży, bezlitośnie zaciśniętej przez demokratów. Na okrasę były zapowiedzi hojnego wsparcia federalnego dla farm w kłopotach finansowych i masowych deportacji nielegalnych migrantów, przestępców i dilerów fentanylu. Narkomania największe żniwo w USA zbiera właśnie na prowincji.

Miłość przebacza

Czy Trump "dowiózł"? Bynajmniej. Nigdy nie podpisał obiecanej wsi ustawy zapomogowej ani żadnego rozporządzenia ułatwiającego prowincji dostęp do internetu oraz infrastruktury komunikacyjnej, co miało wyrównywać jej szanse edukacyjne i zawodowe. Do tego wieś z własnej kieszeni zapłaciła za jego "wojnę sojową" z lat 2018-2019. Rachunek wyniósł ok. 28 mld dol. strat za niezrealizowany eksport amerykańskiej soi do Chin.

Można się spierać o to, co dokładnie wywołało zbiorową amnezję i sprawiło, że w 2024 r. prowincja ponownie zasiliła szeregi największych zwolenników Trumpa. Tak czy owak, wieś znowu uwierzyła, że jest jego oczkiem w głowie.

Na wieść o tym, że USA weszły w stan wojny handlowej z Kanadą i oba państwa obłożyły się 50-proc. cłami na towary warte ponad 20 mld dol., wszyscy zareagowali szokiem. Najbardziej osłupiała prowincja — to przecież ona poniesie największe koszty tego konfliktu. Od razu jednak wyjaśnijmy: nie jest tak, że jej mieszkańcy nie mieliby ochoty utrzeć Kanadzie nosa. Część amerykańskiej prawicy, ta, której podobają się neokolonialne i interwencjonistyczne zapędy Trumpa — ok. 7 proc. wyborców — nie miałaby nic przeciwko temu, by Kanada w jakimś momencie stała się 51. stanem USA (Research Co., styczeń 2026). Oby tylko nie w sposób narażający na szwank dobrostan Amerykanów.

Miłość wystawiona na próbę

Skąd więc to oburzenie? Bo stało się to w momencie, kiedy dobrostan prowincji został już mocno przez Biały Dom naruszony, a relacjom wsi z Trumpem daleko do takiej sielskości jak w dniu inauguracji jego drugiej prezydentury.

Miłość między obiema stronami zaczęła słabnąć w sierpniu ub.r. Powodem były skutki "Dnia Wyzwolenia" (tak Trump nazwał 2 kwietnia 2025 r., gdy ogłosił swoją nową politykę celną) oraz agresywnych działań łapankowo-deportacyjnych ICE.

Nie dość, że podrożały nawozy i sprzęt, to jeszcze niemal z dnia na dzień zniknęły ręce do pracy na polach i w sadach. Amerykańskie rolnictwo od dawna opiera się na pracy imigrantów — to aż 70 proc. zatrudnionych w tej branży, przy czym 50-60 proc. przebywa w USA nielegalnie (Farmonaut, listopad 2025).

W październiku 2025 r. prowincja otrzymała kolejny cios. W samym środku zbiorów Chiny wstrzymały zakup amerykańskiej soi. W grudniu sondaże pokazywały już tak duży spadek poparcia dla Trumpa (10-15 pkt), że przestraszony Biały Dom zaoferował rolnikom program jednorazowych rekompensat. Przeznaczono na ten cel 12 mld dol. Niesmak jednak pozostał, a kiedy Trump zaatakował Iran i do wszystkich nieszczęść doszły jeszcze wyższe ceny paliw — gniew i bunt powróciły ze zdwojoną siłą.

Donald Trump wygłasza przemówienie do rolników i hodowców podczas wydarzenia na południowym trawniku Białego Domu, 27 marca 2026 r.

EPA/SHAWN THEW / PAP

Donald Trump wygłasza przemówienie do rolników i hodowców podczas wydarzenia na południowym trawniku Białego Domu, 27 marca 2026 r.

Przełomem okazał się kwiecień tego roku. Rząd zamknął wtedy okienko zapisów na wspomniane zapomogi i stało się jasne, że był to tylko plaster, który rany nie zagoi. A skoro tak, to obiecany przez Trumpa cud gospodarczy też może nigdy się nie ziścić. American Farm Bureau Federation ogłosiła jednocześnie, że liczba przypadków bankructw farmerów, za które bezpośrednio odpowiada polityka celna Trumpa, zwiększyła się w 2025 r. niemal o połowę (raport AFBF Market Intel, luty 2026), a portal Law360 napisał, że w kwietniu 2026 r. było ich aż o 130 proc. więcej niż w porównywalnym okresie rok wcześniej (dane za Epiq AACER, kwiecień 2026).

Nie pomogło i to, że gdy demokraci zgarniali w prawyborach zwycięstwa, proponując Amerykanom konkretne pomysły na obniżenie kosztów życia (sławetne hasło "affordability"), Trump pompował publiczne pieniądze w nową wojnę i z uporem maniaka wmawiał narodowi, że "affordability" to jeszcze jeden przekręt demokratów (szczyt G7, czerwiec 2026). Pytany o ocenę stanu gospodarki wystawiał sobie notę A+++++ (grudzień 2025), a na pytanie, czy nie martwi go pogarszająca się sytuacja finansowa Amerykanów, odpowiadał, że "w ogóle o tym nie myśli" (maj 2026). Gdy najsłynniejsza obecnie dysydentka ruchu MAGA, była kongresmenka z Georgii Marjorie Taylor Greene, wytknęła mu, że mydli ludziom oczy, bo każdy mocno odczuwa rosnące koszty życia, Trump publicznie ją poniżył, mówiąc, że "oszalała" (kwiecień 2026).

Nastroje prowincji w przededniu wybuchu wojny handlowej z Kanadą think tank Brookings Institution opisał następująco:

Tylko 24 proc. białych wyborców z prowincji uważa dziś, że stan gospodarki jest dobry bądź bardzo dobry, reszta ocenia go jako słaby bądź zły. Jako lepszą niż przed dwoma laty (końcówka prezydentury Bidena) swoją sytuację finansową postrzega tylko 16 proc. , wobec 49 proc. uważających, że żyje im się gorzej. Dla 64 proc. koszty życia są największą bolączką ekonomiczną i tylko 30 proc. jest zdania, że Trump wywiązuje się w tej mierze ze złożonych obietnic. 49 proc. ankietowanych obawia się, że działania Trumpa zaszkodzą Ameryce długofalowo, w przeciwieństwie do 39 proc.

("President Trump’s support declines sharply in rural America", 5 czerwca 2026).

Miłość oszukana

Jak wojna celna uderzy w amerykańską prowincję? Kanada jest dla USA drugim po Meksyku największym partnerem handlowym, a dla większości stanów przygranicznych i północnych handel z nią to tętnica pompująca krew w ich gospodarki.

Mamy więc Wisconsin i Iowę — odpowiednio mleczarskie i żywnościowe zagłębia USA — dla których Kanada jest największym odbiorcą, kupującym jedną trzecią ich produktów. Dalej mamy nadmorski stan Maine — największego amerykańskiego dostawcę ryb, borówek i drewna do produkcji artykułów papierniczych, który eksportuje na północ ponad 40 proc. swoich towarów. Samochodowe i hutnicze Ohio oraz Michigan wysyłają do Kanady 30-40 proc. swoich wyrobów, a Pensylwania — ponad jedną czwartą produkowanych komputerów i elektroniki. Wreszcie dla stanów Północna Dakota, Montana, Vermont i oczywiście całkowicie oddzielonej od USA Alaski Kanada jest kluczowym zagranicznym dostawcą dóbr i surowców. Wszystkie też korzystają na tym, że obsługują szlaki tranzytowe pomiędzy obydwoma krajami. Do kontrolowanej przez republikanów Montany aż 90 proc. importowanych towarów przybywa właśnie z Kanady.

Warto przypomnieć o jeszcze jednym pomyśle Trumpa, który w przypadku prowincjonalnych wyborców przelał czarę goryczy. W przeddzień zerwania przez Kanadę ostatniej rundy negocjacji Trump ogłosił, że tymczasowo zdejmuje cła z zagranicznej wołowiny. Ma to przynieść konsumentom ulgę przy kasie w supermarkecie. Amerykańscy ranczerzy widzą w tym jednak wyłącznie niesprawiedliwe faworyzowanie produktów zagranicznych kosztem rodzimych. I zamiast ulgi czują wściekłość.

Koniec miłości

Choć większość republikańskich polityków wciąż woli nie komentować wojny celnej z Kanadą — w Kongresie zawiązała się niewielka, pierwsza od kilkunastu miesięcy, koalicja przeciwników prezydenckiej polityki. Senatorka Susan Collins z Maine otwarcie nazwała nowe cła pomyłką. Senator John Sununu z New Hampshire uznał, że "wszczynanie wojny celnej z Kanadą nie ma żadnego sensu. Trump przysporzył sobie wielkich kłopotów wśród farmerów" (Politico, 26 sierpnia 2026). Senator Thom Tillis z Karoliny Północnej przestrzegł zaś republikanów: "71 dni przed wyborami nie mamy dla naszej prowincji żadnego pozytywnego przesłania".

Gdy politycy milczą lub łagodzą swoje wypowiedzi, bardziej szczerzy są ich stratedzy.

Wśród republikanów ubiegających się o stanowiska nie ma w tej chwili nikogo, kto by powiedział, że wojna celna z Kanadą to dobry pomysł. Wszystko i tak jest za drogie i trudno pojąć, w jaki sposób ma to pomóc jakiemukolwiek republikaninowi

— mówi Doug Heye, właściciel firmy konsultingowej z Północnej Karoliny obsługującej Partię Republikańską.

Dwa miesiące przed wyborami połówkowymi republikanie i tak mają wystarczająco pod górkę. Według sondażu Economist/YouGov Trump ma tylko 33 proc. poparcia. To nowe dno jego drugiej prezydentury — wynik pokrywający się z najgorszym z pierwszej kadencji, z grudnia 2017 r. Tymczasem w amerykańskiej polityce jest regułą, że wyborcy traktują wybory połówkowe jak referendum, w którym oceniają urzędującego prezydenta. Historia nie zna jeszcze takiego, któremu przy tak niskim poparciu udałoby się ocalić swoją partię przed wyborczym pogromem.

Donald Trump przemawia pierwszego dnia Krajowej Konwencji Partii Republikańskiej w American Airlines Center w Dallas w Teksasie, USA, 9 września 2026 r.

JEFF MCWHORTER / PAP

Donald Trump przemawia pierwszego dnia Krajowej Konwencji Partii Republikańskiej w American Airlines Center w Dallas w Teksasie, USA, 9 września 2026 r.

Co kocha Trump?

Pytania, które najbardziej intrygują już nie tylko wyborców z prowincji i republikańskich polityków, ale także całą Amerykę, a pewnie i świat, brzmią: dlaczego Trump w ogóle wszedł w konflikt z Kanadą? Dlaczego teraz? Gdzie w tym logika?

O logikę faktycznie trudno, ale nie od dzisiaj wiemy, że trumpoświatem rządzi nie logika, lecz ego. W dodatku kondycji ego prezydenta strzegą żelazne westalki w rodzaju Natalie Harp. Młode asystentki mają za zadanie maksymalnie izolować Trumpa od realnego świata i codziennie podsuwać mu wyszukane w mediach peany na jego cześć. Maggie Haberman i Jonathan Swan, autorzy najnowszej książki o Trumpie "Regime Change: Inside the Imperial Presidency of Donald Trump", nadali Harp przydomek "ludzka drukarka", który się upowszechnił. Doskonale bowiem tłumaczy, dlaczego Trump odmawia przyjęcia do wiadomości, że kogoś zawiódł i że stracił czyjeś poparcie — Harp na bieżąco drukuje pochlebstwa medialne na przenośnej drukarce.

Jest i inne wyjaśnienie, brzmiące jak najbardziej logicznie. Są kłopoty, których Trump jest świadomy. Przedłużająca się wojna w Iranie napawa go lękiem, że podzieli los Lyndona B. Johnsona, prezydenta pogrążonego przez wojnę w Wietnamie. Krnąbrne sądy blokują różne jego działania, w tym przebudowę Białego Domu i "upiększanie" Waszyngtonu oraz nadawanie instytucjom publicznym jego imienia. Przegrał przed Sądem Najwyższym batalię o uprawomocnienie "Dnia Wyzwolenia", przez co musi teraz zrefundować amerykańskim firmom aż 166 mld dol. Wreszcie fakt, że chaos jego polityki celnej najbardziej wzmocnił największego adwersarza USA — Chiny, z którymi reszta świata jeszcze chętniej wchodzi teraz w sojusze.

Co to znaczy dla megalomana i egocentryka regularnie zamieszczającego w mediach społecznościowych materiały przedstawiające go jako najwspanialszego prezydenta USA, a nawet zbawiciela świata? Dla prezydenta, który po wyborach połówkowych może zostać — i wiele wskazuje na to, że zostanie — "kulawą kaczką" (lame duck) i stracić polityczną siłę? I w końcu dla człowieka, który przekroczył osiemdziesiątkę, jest najstarszym prezydentem w historii kraju i wie, jak mało czasu mu zostało, by się zatroszczyć o swoją spuściznę. Oznacza to, że coraz rozpaczliwiej poszukuje zastępczych zwycięstw i sukcesów, które tę spuściznę wzmocnią.

Niewykluczone, że konflikt z Kanadą jest właśnie czymś takim. Biały Dom do dziś nie opublikował szczegółów zerwanej umowy, ale wiemy z przecieków do mediów i z wypowiedzi negocjatorów kanadyjskich, że warunki umowy zostały w ostatniej chwili zmienione. Na przykład pojawił się wymóg, by Kanada zrezygnowała z suwerennej polityki celnej, podporządkowując ją w pełni amerykańskiej, czy przestała chronić nadawców francuskojęzycznych i promowała amerykańskich. A wszystko to bez gwarancji, że nawet jeśli na to przystanie, USA dotrzymają własnych wobec niej postanowień ("Canada wants a deal, but Washington keeps moving the goalposts", Atlantic Council, 24 sierpnia 2026).

"Tygodnik Przegląd" nr  37

Tygodnik Przegląd

"Tygodnik Przegląd" nr 37

Czy tę miłość można wskrzesić?

Fiksacja Trumpa na tym, jak zapamięta go historia, a nawet rozczarowanie nim najbardziej zagorzałych fanów, to jednak tylko z pozoru dobra wiadomość dla demokratów. Im więcej na jego drodze pojawi się porażek, takich jak afront ze strony niepokornej Kanady, tym większe ryzyko, że po niezadowalającym wyniku jesiennych wyborów zakwestionuje ich wiarygodność i zainicjuje ruch Stop The Steal 2.0. Dodatkową motywacją będzie fakt, że demokraci już zapowiedzieli jego impeachment, a także szeroko zakrojone dochodzenie w sprawie korupcji, jakiej przez ostatnie dwa lata urzędowania dopuszczali się on i jego rodzina.

I kto wie, czy nie wyjdzie mu to na dobre. Może nawet zyskać w oczach rozczarowanych jego obecnymi rządami wyborców, w tym wiejskich. Jako prezydent najwięcej uwagi poświęca przecież udowadnianiu, że w polityce tak jak w biznesie — najważniejsze są marka i status zwycięzcy. Wszystko inne to szum, o którym się zapomina.

Teoria o skradzionych wyborach już raz przegrupowała amerykańską prawicę. Okazała się tak nośna, że wchłonęła nawet tych, którzy początkowo publicznie się od niej odżegnywali. Dorzućmy do tego argumenty o tym, że to świat "łupie" Amerykę, a nie na odwrót, podlejmy ewangelikalną benzyną o czasach ostatecznych i finalnym starciu dobra ze złem… i nietrudno sobie wyobrazić, że MAGA znów może urosnąć w siłę, której w 2028 r. trudno będzie się oprzeć. Tym trudniej, jeśli demokraci najbliższe dwa lata stracą na wewnętrzne wojenki o to, za kogo należy ich uważać i jakimi opisywać słowami. Na razie dojmująco brakuje sygnałów, że może być inaczej.

View the original on Onet

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.