"Możemy z panem dwa słowa?" Tak nie działa państwo prawa
- Policja musi uzasadnić podejmowaną interwencję. "Możemy prosić na dwa słowa" to za mało.
- Po wydarzeniach z 16 października trzeba wyjaśnić, czy zatrzymanie miało podłoże polityczne. Piotr W. był aktywny podczas protestu przed Trybunałem Konstytucyjnym.
- Sposób zatrzymania rodzi pytania o respektowanie praw jednostki. Wątpliwości budzi też wniosek o areszt tymczasowy. Prokuratura powołała się m.in. na odmowę podania danych i rzekomą nieobliczalność zatrzymanego.
- Sprawa wymaga wyjaśnienia przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Stawką są gwarancje państwa prawa i zaufanie do służb.
WIDEO
"Akt, który nie ma większego znaczenia". Rosati o ślubowaniu sędziów TK
WIDEO
"Możemy z panem dwa słowa"
Szczęśliwie zdarzenia związane z samym zatrzymaniem zostały udokumentowane przez liczne zapisy wideo, w tym z tzw. kamery nasobnej znajdującej się na mundurze funkcjonariuszy. Nie trzeba więc spekulować co do ich przebiegu.
Policja ma prawo wylegitymować osobę czy też ustalić jej tożsamość, jeśli wobec takiej osoby powstają powody do interwencji. Podczas czynności policjant jest zobowiązany się przedstawić, podając swój stopień, imię i nazwisko.
Musi również wskazać przyczynę legitymowania, a na żądanie osoby, wobec której jest prowadzona czynność, podstawę prawną podjęcia czynności (par. 2 rozporządzenia Rady Ministrów z 8 listopada 2023 r. w sprawie postępowania przy wykonywaniu niektórych uprawnień policjantów).
W przypadku Piotra W. co najmniej jeden z funkcjonariuszy (policjantka) przedstawił się. Nie podał jednak przyczyny podjętej czynności, lecz jedynie powiedział "możemy z panem dwa słowa". Zamiast tego powinno pojawić się wskazanie podejmowanej czynności, a więc poproszenie o dokument potwierdzający tożsamość i określenie, jakie jest uzasadnienie tego żądania.
Przede wszystkim autonomia
By było jasne – nawet zwykłe legitymowanie stanowi wkroczenie w obszar autonomii jednostki. Policja nie może podejmować nawet najprostszych czynności wedle własnego widzimisię.
Już po zatrzymaniu policja zaczęła wskazywać rzekome powody interwencji.
Piotr W. miał "balansować na krawężniku" przed przejściem dla pieszych. Spróbuję zachować powagę – takiego balansowania nie sposób uznać za działanie uprawniające do podjęcia czynności.
Mnie też zdarza się balansować na progu przejścia dla pieszych, gdy czekam na zmianę świateł. I trudno mi to uznać za zdrożny akt.
Na nagraniu z policyjnej kamery jest jednak coś, co musi niepokoić i co podważa wszelkie legendowanie kreowane przez policję. Widać, że policjanci już przez pewien czas biegną za Piotrem W., gdy ten zbliża się do przejścia dla pieszych. Oznacza to, że wcześniej zwrócił on ich uwagę czymś, co miałoby uprawniać do interwencji.
Czyżby polityka?
I w tym miejscu zaczynają się spore problemy.
Czyżby policyjne zainteresowanie wynikało z faktu, że Piotr W. był aktywnie obecny w miasteczku przed Trybunałem Konstytucyjnym? I w związku z tym chciano go poprosić "na dwa słowa"? Jeśli tak, to mamy powrót do przeszłości. Do czasów i praktyki, gdy służby wykorzystywano do zniechęcania, a w najlepszym przypadku zmiękczania politycznych adwersarzy władzy.
Powody podjęcia interwencji przez policję staną się częścią postępowania najpierw prokuratorskiego, a później sądowego podjętego przeciwko Piotrowi W. Funkcjonariusze będą zatem musieli wskazać – pod rygorem odpowiedzialności karnej za składanie nieprawdziwych zeznań – co (a może kto) rzeczywiście sprowokowało albo zainspirowało ich do czynności.
Zachować spokój
Nawet "niepoprawna" czynność policji nie uprawnia jednak do odepchnięcia funkcjonariusza.
Policjanci mogli więc następnie ruszyć w pościg i zatrzymać Piotra W. A on powinien zachować spokój, a potem ewentualnie zakwestionować czynności i wnieść na nie zażalenie.
Ale zatrzymanie i jego sposób też mają swoje rygory. Każde zatrzymanie obywatela połączone z użyciem środków przymusu musi być proporcjonalne. To policja oraz inne służby publiczne muszą wykazać, że tak było. Oznacza to m.in. adekwatne i pełne udokumentowanie (medyczne) i wyjaśnienie obrażeń, jakich doznała zatrzymywana jednostka.
Jeśli wymaganego wyjaśnienia brakuje, jednostka może podjąć kroki prawne związane z ochroną dóbr osobistych, a ostatecznie wnieść nawet skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Podstawą jest – w zależności od charakteru doznanego uszczerbku – albo przepis zabraniający złego traktowania (art. 3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka), albo chroniący prawo do prywatności (art. 8).
Obrońcy na korytarzu
Po zatrzymaniu policja odmawiała przez wiele godzin dostępu adwokatom do Piotra W. Ponownie istnieje tu rejestracja wideo. Kluczowy policyjny materiał doskonale ilustruje, na czym polega pozorny albo pozorowany dostęp do obrońcy. Piotr W. nie został poinformowany, że pełnomocników ustanowiła jego żona. Funkcjonariusz uzależnia też przekazanie informacji od przedstawienia się przez zatrzymanego. Czyżby policja nie wiedziała, kogo trzyma za kratami?
Dostęp osoby zatrzymanej do pełnomocnika powinien być możliwie nieskrępowany.
Jeśli kontaktom z obrońcami towarzyszy siedmiu policjantów (ich liczbę po proteście prawników zredukowano do pięciu), to nie ma swobodnego dostępu zapewniającego tajemnicę rozmowy.
Czy był uważany za aż tak groźnego, by uzasadniać obecność grupy funkcjonariuszy? Wątpię. Ponownie przychodzą mi do głowy niedobre myśli. Dodatkowo Piotr W. był skrępowany (kajdanki).
A czemużby nie aresztować?
Jest wreszcie prokuratorski wniosek o jednomiesięczny areszt tymczasowy. I tu z kilku powodów łapię się za głowę. Po pierwsze, przebieg zdarzeń został zarejestrowany. Fakty są więc znane, dowody zebrane, nie ma niebezpieczeństwa mataczenia. Po drugie, Piotr W. nie był wcześniej karany, a to bardzo istotna okoliczność podczas stosowania aresztu tymczasowego, czyli środka najbardziej radykalnego.
Mimo wszystko prokuratura o areszt wystąpiła. Przyjrzyjmy się uzasadnieniu wniosku. Najpierw jest mowa o uzasadnionej obawie ucieczki lub ukrywania się. Co miałoby uzasadniać tę tezę? Otóż brak współpracy Piotra W. z policją i odmowa podania danych osobowych…
Czyli chociaż przysługiwało mu prawo do milczenia, a jego tożsamość ustalono w inny sposób, to miał współpracować i być grzeczny.
Dalej jest jeszcze gorzej. Aresztowanie miało być niezbędne, bo Piotr W. zachowuje się w sposób irracjonalny, traci kontrolę nad sobą, staje się nieobliczalny i niebezpieczny dla otoczenia bez wyraźnej przyczyny. A przez to może w przyszłości popełnić kolejne przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu.
Zerknijmy do przepisów. Tak, zagrożenie dokonania kolejnego przestępstwa przeciwko zdrowiu i życiu może uzasadniać areszt, ale jedynie wyjątkowo i gdy mamy do czynienia z uzasadnioną obawą, zwłaszcza popartą formułowanymi groźbami (art. 258 par. 3 k.p.k.). Nic z tych rzeczy nie pojawia się w przypadku Piotra W.
Czas na krytyczną refleksję
Ufam, że poniewczasie prokuratura się zreflektuje i nie będzie wnosić zażalenia na niezgodę sądu na zastosowanie aresztu. Po co więc taki słaby i karkołomny wniosek trafił do sądu?
Mam wrażenie, że w sprawie Piotra W. szereg działań wynika nie z prawa samego, lecz z jego styku z polityką. I to wszystko musi zostać wyjaśnione, począwszy od przyczyny zdarzeń – a więc zasadności zainteresowania się Piotrem W. przez policję. "Można na dwa słowa" to nie jest działanie właściwe w państwie prawa.
Sprawie będę się bacznie przyglądał. I ufam rozsądkowi sądu. A dla policji jedna myśl: publiczne zaufanie buduje się długo, ale traci błyskawicznie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.