Wyborczy pat w Izraelu. Kilka scenariuszy, w co najmniej dwóch jest wojna
Żaden z obozów nie wydawał się jednak dysponować wymaganymi 61 mandatami, co zapowiada trudne negocjacje koalicyjne. W tej sytuacji znaczenie mogą zyskać mniejsze partie, w tym ugrupowania reprezentujące arabskich obywateli Izraela. Dane te pozostają wstępne i nie przesądzają o ostatecznym podziale mandatów.
Wynik wyborów nie rozstrzyga automatycznie, kto zostanie premierem: decydujące będzie to, kto zdoła zbudować koalicję zdolną uzyskać poparcie większości deputowanych. Przedłużające się rozmowy mogą oznaczać okres niepewności politycznej, a brak porozumienia zwiększałby ryzyko kolejnych wyborów.
Michał Wojnarowicz, analityk ds. Bliskiego Wschodu w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, wskazuje, że doszło do pewnego odwrócenia trendów, jakie widzieliśmy w większości estymowanych sondaży.
Kolejne wybory na stole? "To będzie sprzyjało Netanjahu"
Część bardziej prorządowych izraelskich mediów wskazywała, że zwycięski będzie jednak obóz Netanjahu. Tak się nie wydarzyło.
– Ważne w tych wyborach jest bardzo poważne wzmocnienie partii arabskich. Przy urnach wyborczych, biorąc pod uwagę wysoką frekwencję wyborczą, zobaczyliśmy, że niemała część społeczeństwa izraelskiego chce dać – i dała – odpór polityce prowadzonej przez Likud, Netanjahu, spod znaku Bezalela Smotricza czy ministra Ben Gwira – mówi Wirtualnej Polsce analityk.
Niemniej żadna ze stron nie może wykazać, że ma tę wymaganą większość. Dlatego najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz pata wyborczego i kolejnych wyborów, co oczywiście będzie sprzyjało Netanjahu. Widać, że nadal ma on duży kredyt zaufania, a jego wyborcy stoją za nim murem.
Wojnarowicz wskazuje, że rządząca koalicja jest jednak w mocniejszej pozycji, niż się wydawało jeszcze przed wyborami czy nawet w sondażach. Zaznacza także dość duże poparcie dla partii arabskich, niemniej spośród ugrupowań prawicowych większość odżegnywała się od wsparcia z ich strony.
– Może więc dojść do próby zbudowania rządu zgody narodowej i niedopuszczenia do rządu właśnie tychże partii arabskich, choć to scenariusz mało prawdopodobny – mówi.
Jak ocenia Michał Wojnarowicz, w kwestiach polityki krajowej i regionalnej Izraela "nadal będziemy mieli status quo". Premier Netanjahu może próbować wykorzystywać ten okres przejściowy do utrzymania stanu posiadania w Libanie, Syrii czy Strefie Gazy. Osobnym wariantem – choć nie niemożliwym – jest z kolei jakiś scenariusz wojenny na linii Izrael-Iran.
– Były liczne przecieki, informacje medialne, że taka akcja była planowana, ale nie zgodzili się Amerykanie, sceptyczny był też szef izraelskiej armii. Pytanie, jak będzie to wyglądało po wyborach, ponieważ Donald Trump udzielił wsparcia premierowi Netanjahu. Teraz też oczywiście wziął odpowiedzialność za sukces swojego sojusznika. Stoję na stanowisku, że u prezydenta Trumpa "nie ma darmowych lunchy", więc Netanjahu będzie musiał jakoś za to poparcie zapłacić – mówi analityk PISM.
Rząd z wojną w tle
Były ambasador Polski w Iranie Juliusz Gojło wskazuje, że niezależnie od ostatecznego wyniku każdy z potencjalnych premierów będzie prowadził jeszcze kampanię powyborczą do dnia uformowania się nowego rządu. A to, jak wskazuje dyplomata, może nastąpić dość późno.
Gojło również wskazuje na dużą partycypację głosów wyborców arabskich w wyborach. Gdyby obecnej opozycji udało się doprowadzić do utworzenia rządu, nie mogłoby się to odbyć właśnie bez cichej koalicji z ugrupowaniami arabskimi. A aby zrozumieć złożoność tej sytuacji, sięga on po analogię historyczną z czasów przed II wojną światową, w której o kształcie polskiego rządu decydowałyby głosy przedstawicieli partii mniejszości ukraińskiej.
Jest, jak mówi dyplomata, szansa na rząd mniejszościowy, utworzony przez Gadiego Eisenkota, ale przy możliwym poparciu ugrupowań arabskich. Przy czym, jak wskazuje, dość charakterystyczne jest jego wystąpienie tuż po ogłoszeniu wyników exit polls, w którym przestrzegł Beniamina Netanjahu, aby ten nie próbował utrzymać się u władzy, wszczynając jakąś akcję militarną. Na przykład przeciwko Iranowi.
– Wszyscy, którzy śledzą mniej więcej to, co się dzieje w Izraelu na Bliskim Wschodzie, wiedzą, że na rękę byłoby wywołanie pogłębienia konfliktu. Niektórzy komentatorzy zwracają uwagę, że sprowokowanie Iranu do jakiejś retaliacji byłoby na rękę Netanjahu, żeby utrzymać się dalej u władzy – mówi Juliusz Gojło.
Wskazuje także, że Iran, po ataku Amerykanów z 28 lutego, również przewartościował swoją strategię i ocenę sytuacji światowej. W Teheranie panuje dziś, jak mówi, większe wyczulenie na wszelkie możliwe ryzyka i niebezpieczeństwa.
– Innymi słowy, to napięcie po obu stronach jest znacznie większe, a prawdopodobieństwo działań zbrojnych – wyższe. Jesteśmy bliscy temu, by do eskalacji doszło – mówi Juliusz Gojło.
Jak podkreśla, decyzje w tym temacie będą jednak zapadać w Waszyngtonie, nie w Tel Awiwie. I mogą zapaść jeszcze przed wyborami połówkowymi w USA, które odbędą się 3 listopada.
– Nie sądzę, żeby Eisenkot opowiadał się za aktywnym prowokowaniem i zabieganiem o to, by dążyć do zmiany władz w Teheranie. Znakomita większość analityków, również izraelskich, w tym izraelska społeczność wywiadowcza, uznaje, że nie ma bezpośredniego zagrożenia ze strony Iranu. Wielu z nich uznaje, że nigdy nie było – dodaje Juliusz Gojło.
Wznowienie uderzeń na Iran przez Izrael mogłoby wywołać konsekwencje o zasięgu światowym. Efekty napięć widać już na rynku surowców – w środę ropa gwałtownie drożała w reakcji na doniesienia o możliwej interwencji militarnej USA po wyborach połówkowych. Równolegle gracze rynkowi bacznie obserwują przebieg wyborów parlamentarnych w Izraelu.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.