Następca Pioruna, dron zamiast F-35 i miniokręt podwodny. Oto broń, której Polska jeszcze nie ma
Drony sterowane światłowodem, amunicja krążąca, bezzałogowce nawodne i ciężki dron wielkości myśliwca. Tegoroczny Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego w Kielcach należał do maszyn bez załogi. Wybraliśmy te konstrukcje, które najbardziej przydałyby się polskiej armii. Nie wszystkie miały w tym roku premierę, ale każda wniosłaby coś nowego do Sił Zbrojnych RP.
X-BAT – partner dla F-35 czy samodzielny bezzałogowy samolot?
X-BAT, stworzony przez amerykańską firmę Shield AI, to największa i najciekawsza z bezzałogowych konstrukcji pokazanych w Kielcach. Słowo "dron" może tu jednak mylić. Nie chodzi o niewielką maszynę, jaką znamy z frontu w Ukrainie, tylko w praktyce o samolot bojowy, który nie ma pilota na pokładzie. W Kielcach zaprezentowano demonstrator tej niezwykłej konstrukcji.
Po co wojsku taka maszyna? X-BAT ma wykonywać ściśle określone misje, przede wszystkim uderzenia daleko w głębi terytorium przeciwnika. Może w pewnych aspektach zastąpić samoloty wielozadaniowe F-35, a także je uzupełnić jako tzw. lojalny skrzydłowy" czyli maszyna bezzałogowa, współdziałająca z klasycznymi samolotami pilotowanymi przez człowieka. Może polecieć tam, gdzie wysłanie pilota byłoby zbyt ryzykowne. Do tego ma startować i lądować pionowo, jak śmigłowiec, więc nie potrzebuje długiego pasa startowego. A to ważne, bo w razie wojny lotniska są jednymi z pierwszych celów.
Napędza go silnik F110, ten sam, który montuje się w niektórych wersjach myśliwców F-15 i F-16. Według producenta X-BAT z pełnym uzbrojeniem przeleci ok. 3700 km. Oznacza to, że może zaatakować cel oddalony o ok. 1850 km od miejsca startu i wrócić do bazy. To niemal dwa razy dalej niż w przypadku F-35A, którego promień działania wynosi ok. 1100 km.
Z F-35 łączy go jeszcze jedno. X-BAT przenosi uzbrojenie w wewnętrznych komorach, więc rakiety i bomby nie wiszą pod skrzydłami, tylko są schowane w kadłubie. Maszyna ma przez to mniej elementów odbijających fale radarowe, a więc znacznie trudniej ją wykryć.
W uproszczeniu oznacza to, że X-BAT mógłby wystartować spod Warszawy, dolecieć nad Moskwę, użyć przenoszonego uzbrojenia i wrócić, a w zapasie zostałoby mu jeszcze kilkaset kilometrów. To nowoczesny środek odstraszania dużego zasięgu i warto, by nasz przeciwnik wiedział, że możemy mieć coś takiego i w razie potrzeby tego użyć.
Pierwszy lot z pionowym startem i lądowaniem X-BAT ma odbyć jesienią tego roku, a do służby dron ma wejść w 2029 r. - zapowiada w rozmowie z WP Wojciech Drojecki, szef Shield AI w Polsce. Firma chciałaby, żeby był współprodukowany także w naszym kraju.
Piorun czeka na następcę
Piorun to polski przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy. Mówiąc prościej, to wyrzutnia rakiet, którą jeden żołnierz może odpalić z ramienia. Służy do zestrzeliwania nisko lecących śmigłowców, samolotów i dronów. Rakieta sama naprowadza się na cel, śledząc ciepło jego silnika. Produkują go zakłady MESKO w Skarżysku-Kamiennej.
Pioruny trafiły m.in. do Ukrainy, gdzie dobrze "zapoznali" się z nimi piloci rosyjskich śmigłowców i samolotów bojowych. Choć zestaw wciąż się sprawdza, MESKO już pracuje nad jego następcą. Prace są zaawansowane.
– Piorun zrobił robotę – mówi WP Marek Skowron, kierownik działu technologicznego MESKO. Jak wyjaśnia, zakłady pracują nad jego modernizacją, roboczo nazwaną Piorun-2. Każdy podzespół, który ma zostać ulepszony, jest rozwijany osobno. Pierwszy zestaw gotowy do testów ma powstać w ciągu kilku miesięcy.
Konstruktorzy MESKO biorą na warsztat przede wszystkim głowicę śledząco-naprowadzającą, czyli "oczy" rakiety, które wypatrują cel i prowadzą ją w jego stronę. Chcą dodać jej trzeci kanał, co ma poprawić rozpoznawanie celu. Zwiększą też czułość laserowego czujnika zbliżeniowego, czyli zapalnika, który odpala głowicę bojową, gdy rakieta znajdzie się tuż przy celu, nawet jeśli nie trafi w niego bezpośrednio. Zmieni się także zasada działania bloku sterów, który odpowiada za kierowanie lotem rakiety.
Nowa wersja ma być też łatwiejsza do wyprodukowania, a więc powstawać szybciej niż obecny Piorun. MESKO liczy, że podobnie jak poprzednik będzie się dobrze sprzedawać za granicą.
- Liczę, że po sukcesie eksportowym Pioruna będziemy mieli możliwości eksportowe na jego następcę - mówi Skowron.
Różowy postrach Rosjan
Flamingo to ukraiński pocisk samosterujący i jedna z największych dum tamtejszego przemysłu zbrojeniowego. Pocisk samosterujący, w wojskowym żargonie nazywany też manewrującym, leci nisko nad ziemią jak mały bezzałogowy samolot, a nie po łuku jak klasyczna rakieta balistyczna. Przez to trudniej go wykryć radarem. Flamingo ma ok. 14 m długości i waży 6 ton. Nie jest może najbardziej zaawansowaną konstrukcją na świecie, ale nie da się ukryć, że zadaje Rosjanom ciężkie straty.
Ukraińcy pokazali Flamingo w Kielcach nie pierwszy raz, a pocisk znów przyciągał tłumy zwiedzających. Największe wrażenie robi jego głowica bojowa, która waży ponad tonę. Dla porównania: to kilkukrotnie więcej niż w wielu pociskach tej klasy, a więc i znacznie większa siła rażenia. Taka broń powinna trafić także do polskiego wojska.
Hydra - jeden operator, dziewięć dronów
W mitologii greckiej hydra lernejska była potworem o dziewięciu głowach, któremu w miejsce każdej odciętej odrastały dwie nowe. Dziewięć "głów" ma też Hydra zaproponowana przez polską firmę UMO i tworzona we współpracy z Ukraińcami. To system kontroli i dowodzenia, który pozwala spiąć w jedną całość do dziewięciu dronów.
Wszystkie są sterowane przez światłowód, czyli cienki kabel, który rozwija się za dronem w trakcie lotu. Dzięki temu przeciwnik nie może ich zakłócić ani przejąć, co na froncie w Ukrainie jest dziś ogromną przewagą. Każdy dron może przenosić głowicę bojową o masie do 3 kg: kumulacyjną do przebijania pancerza, odłamkową do rażenia żołnierzy lub termobaryczną, która niszczy cele w okopach i budynkach.
Jak mówią przedstawiciele UMO, Hydrę wykorzystuje już ponad 20 ukraińskich brygad walczących na froncie.
System ma kamerę termowizyjną, dzięki której operator wypatrzy przeciwnika także w nocy. Hydra przeznaczona jest dla batalionu, czyli jednostki liczącej kilkuset żołnierzy, i może służyć do rozpoznania, ataku, a nawet zasadzki. Drony potrafią bowiem wylądować i "przyczaić się", czekając, aż w pobliżu pojawi się cel.
Dla wojska, które szuka taniego i skutecznego sposobu na drony, to bardzo atrakcyjna propozycja.
Gladius 2 - polski dron, który czeka na cel w powietrzu
Gladius 2 to najnowsza konstrukcja Grupy WB, największego polskiego producenta systemów bezzałogowych. Firma pokazała go publicznie po raz pierwszy właśnie w Kielcach. To kolejna generacja amunicji krążącej, czyli drona, który jest jednocześnie pociskiem. Po starcie może przez jakiś czas krążyć nad wskazanym obszarem, wypatrywać cel, a gdy go znajdzie, spada na niego i eksploduje. Gladius 2 ma to robić na dużych odległościach, daleko za linią frontu.
Grupa WB podkreśla, że Gladius 2 zbudowano w układzie latającego skrzydła. Oznacza to, że nie ma klasycznego kadłuba ani ogona, a cały dron przypomina jedno wielkie skrzydło, podobnie jak amerykański bombowiec B-2. Taki kształt słabiej odbija fale radarowe i wydziela mniej ciepła, więc przeciwnikowi trudniej go wykryć i zestrzelić.
Dron startuje z wyrzutni ukrytej w kontenerze, a w pierwszej fazie lotu rozpędza go silnik rakietowy. Jego zasięg wynosi od 200 do 300 km, bo Grupa WB nie chce podać dokładnej wartości. To mniej więcej tyle, ile z Warszawy do Krakowa. Gladius 2 przenosi głowicę bojową ważącą kilkadziesiąt kilogramów. Ma służyć do niszczenia lekko opancerzonych celów, np. transporterów czy ciężarówek, daleko za linią frontu.
Ciężki bojowy wóz piechoty, czyli pancerny brat Borsuka
Ciężki bojowy wóz piechoty (CBWP) był jedną z największych gwiazd targów. Bojowy wóz piechoty to pojazd, który dowozi żołnierzy na pole walki i wspiera ich ogniem swojego uzbrojenia. Ten ma zdalnie sterowaną wieżę ZSSW-30, więc nikt z załogi nie musi w niej siedzieć. Żołnierze obsługują uzbrojenie z wnętrza lepiej chronionego kadłuba.
Nowy wóz jest znacznie silniej opancerzony niż jego lżejszy brat, bojowy wóz piechoty Borsuk, i lepiej chroni załogę przed wybuchem miny. Ma jechać do walki razem z czołgami i je wspierać, a docelowo stać się podstawą wojsk zmechanizowanych. Wbrew oczekiwaniom nie będzie się nazywał Ratel.
W przedziale desantowym, czyli części dla przewożonych żołnierzy, zmieści się sześć lub osiem osób. Wóz uzbrojony jest w 30-milimetrową armatę Bushmaster, która strzela amunicją programowalną. Oznacza to, że pocisk można ustawić tak, by eksplodował w powietrzu tuż nad celem, np. nad okopem albo przy nadlatującym dronie. Jeśli wojsko się na niego zdecyduje, CBWP może stać się hitem polskiej zbrojeniówki.
Huta Stalowa Wola, która produkuje wóz, zastrzega jednak, że pokazany w Kielcach demonstrator to na razie jej propozycja, oparta na dotychczasowych doświadczeniach. Ostateczny kształt pojazdu będzie zależał od tego, czego zażyczy sobie wojsko, a HSW jest gotowa go dostosować, zapowiada Joanna Krasowska, dyrektorka Biura Techniczno-Handlowego HSW.
Stormrider 550, czyli wodny pies stróżujący
Grupa WB pokazała w Kielcach także Stormridera 550, bezzałogowiec nawodny. To w praktyce niewielka łódź bez nikogo na pokładzie, którą operator steruje zdalnie z brzegu. Nie jest przeznaczona na otwarte morze, tylko na mniejsze akweny, gdzie ma pełnić rolę wodnego "psa stróżującego".
Stormrider 550 ma ponad 5 m długości i ok. 2 m szerokości, czyli jest mniej więcej wielkości małej motorówki. Nie poradzi sobie z dużymi falami, dlatego sprawdzi się na jeziorach, rzekach czy w portach. Może tam patrolować wodę i obserwować brzeg, a operator przez cały czas widzi obraz z jego kamer.
Gdzie mógłby się przydać w Polsce? Na przykład na rzekach granicznych, takich jak Bug, na Zalewie Wiślanym, który sąsiaduje z obwodem królewieckim, albo przy ważnych obiektach nad wodą: zaporach, mostach czy ujęciach wody. Takie miejsca są potencjalnym celem sabotażu, a dron może pilnować ich całą dobę bez narażania żołnierzy czy strażników. Z tych samych powodów mogą się nim zainteresować także firmy, które mają instalacje nad jeziorami czy rzekami.
W razie potrzeby Stormrider może też stać się dronem kamikadze. Wystarczy wypełnić go materiałem wybuchowym i skierować w stronę zagrożenia. Ukraińcy pokazali, jak groźna potrafi być taka broń, bo drony nawodne zatopiły lub uszkodziły wiele rosyjskich okrętów na Morzu Czarnym.
EpiShuttle - przenośna izolatka dla rannych
EpiShuttle norweskiej firmy EpiGuard to w tym zestawieniu rzecz nieoczywista, ale ciekawa. To szczelna, przezroczysta kapsuła na noszach, w której można bezpiecznie przewieźć osobę skażoną środkami chemicznymi albo biologicznymi, np. groźnym wirusem. Kapsuła ma własny system filtrowania powietrza i utrzymuje w środku podciśnienie. Dzięki temu nic nie wydostaje się na zewnątrz, a ratownicy, lekarze i kierowca są bezpieczni. Taki pacjent może jechać zwykłą karetką czy wojskowym pojazdem, a nie specjalnie przygotowanym transportem. EpiShuttle przyda się także do przewożenia osób ciężko poparzonych, które trzeba chronić przed zakażeniem.
Dla wojsk chemicznych, czyli jednostek wyszkolonych do działania po ataku bronią chemiczną lub biologiczną, to dziś sprzęt niemal niezbędny. Ale nie tylko dla nich. Łakomym okiem może na niego spoglądać także Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych, która gromadzi zapasy na wypadek wojny, katastrofy czy epidemii. A pandemia COVID-19 pokazała, jak bardzo taki sprzęt może się przydać także w czasie pokoju.
Kanadyjska amfibia, która przejedzie tam, gdzie utknie wszystko inne
To ciężki kanadyjski pojazd terenowy, który wygląda naprawdę masywnie. Jako amfibia może nie tylko jechać po lądzie, lecz także pływać, więc poradzi sobie tam, gdzie zwykła ciężarówka czy terenówka utknie: na bagnach, w błocie, śniegu czy w zalanej okolicy. Na jego podwoziu można zbudować niemal wszystko, od wersji transportowej po specjalistyczną.
Taki sprzęt powinien zainteresować wojska inżynieryjne, czyli żołnierzy, którzy budują przeprawy, oczyszczają teren z min i torują drogę innym oddziałom. Przydałby się także straży pożarnej, która jest podstawą obrony cywilnej w Polsce. Powódź z 2024 r. na południowym zachodzie kraju pokazała, jak bardzo w zalanych miejscowościach brakuje pojazdów, które dotrą do odciętych od świata ludzi.
Mały okręt podwodny do wielkich zadań
Miniaturowe okręty podwodne, w wojskowym żargonie nazywane "midgetami" (od ang. midget submarine, czyli okręt podwodny-karzeł), to nie fanaberia. Są kilkukrotnie mniejsze od klasycznych okrętów podwodnych. Włoski M-23 ma ok. 23 m długości, czyli mniej więcej tyle, co dwa autobusy miejskie ustawione jeden za drugim.
Po co wojsku taki maluch? Nie nadaje się do długich patroli na otwartym morzu, ale świetnie sprawdza się blisko brzegu. Może niepostrzeżenie podpłynąć pod wybrzeże przeciwnika i wysadzić tam komandosów, a potem ich zabrać. Mały okręt ma też atut na Bałtyku, który jest płytki i ciasny. Tam, gdzie duża jednostka ma problem z manewrowaniem i łatwiej ją wykryć, "karzeł" czuje się jak ryba w wodzie.
Rozmowy o zakupie takich okrętów dla polskiej armii trwają od dawna i wciąż nie ma rozstrzygnięcia. W kuluarach kieleckiego salonu słychać było jednak, że coś jest na rzeczy, a Włosi czekają już tylko na decyzję MON.
M-23 kusi także ceną. Za jeden duży okręt podwodny z programu Orka można by kupić 10–11 takich "maluchów". Jeden kosztuje mniej więcej tyle, co śmigłowiec szturmowy Apache.
Co z tego wszystkiego trafi do polskiego wojska? Część pokazanego w Kielcach sprzętu to na razie makiety i demonstratory, a na X-BAT-a trzeba poczekać co najmniej do 2029 r. Inne konstrukcje, jak Hydra czy Flamingo, już dziś walczą z Rosjanami w Ukrainie. Teraz ruch po stronie MON.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.